Podróże naziemne

Góry Sowie, czyli wspomnienia z wędrówki

Opracowała
w dniu
30 września 2020

Zastanawiałam się „co by tutaj dzisiaj napisać?” i przypomniało mi się, że przecież nie opowiadałam Ci o mojej wakacyjnej wędrówce po górach. No może gdzieniegdzie trochę o niej wspominałam, ale nie poświęciłam jej całego wpisu. W sumie nie wiem, dlaczego… Pewnie z tego powodu, że chciałam przekazać Ci coś innego, na tamten moment w moim odczuciu ważniejszego. Nadszedł jednak czas, bym wyciągnęła moje niedawne wspomnienia z Sudetów, które odwiedziłam i w których byłam pierwszy raz. Piękne Góry Sowie.

Zacznijmy od początku…

Już od dawna planowałyśmy z moją przyjaciółką Agą wspólny wypad w góry. Albo ogólnie jakiś wspólny wypad, tylko we dwie. Jednak zawsze coś krzyżowało nam plany – nagła sytuacja, wydatek. I na samym gdybaniu się kończyło.

W tym roku powiedziałyśmy sobie, że choćby się paliło i waliło, pojedziemy gdzieś razem (No może gdyby się faktycznie paliło i waliło, to byśmy zostały… ;)). Za cel podróży obrałyśmy południe Polski – góry!


Zarówno Aga, jak i ja lubimy odwiedzać miejsca, w których jeszcze nie byłyśmy. Usiadłyśmy więc z mapą, spojrzałyśmy na Polskę i doszłyśmy do wniosku, że Góry Sowie to będzie to nowe, odwiedzone miejsce. Poza tym sprawdziłyśmy, że bez problemu tam dojedziemy. Najpierw do Wrocławia pociągiem, później do Bielawy, a z Bielawy już dalej autobusem w góry!

Skoro miałyśmy już plan wstępnej podróży, zaczęłyśmy szukać noclegów. Chciałyśmy spać w schronisku, ale na nasze 3 pierwsze dni wyprawy nie było w żadnym miejsc, więc wynajęłyśmy kwaterę na Przełęczy Jugowskiej. Na dalsze kilka dni udało nam się zarezerwować pobyt w schronisku „Orzeł”.


Gdy w Warszawie patrzyłyśmy na mapę, to między jednym a drugim miejscem noclegowym wydawało się bardzo blisko. Powiedziałyśmy sobie „dobra, przejdziemy górami z plecakami do schroniska. Damy radę, nie jest daleko”. 


Noclegi zarezerwowane, bilety też. Wystarczyło czekać na dzień wyjazdu!

I oto nadszedł ten wyczekiwany dzień. Prognoza pogody wskazywała, że jadąc w Góry Sowie, należy spodziewać się deszczu, ale jakże się pomyliła – było ciepło i słonecznie.

Trasa

Droga z Warszawy do Wrocławia minęła nam bezproblemowo – pociąg szybciutki i na czas! Z Wrocławia do Bielawy też jechałyśmy pociągiem – specjalnym sowiogórskim połączeniem. I tutaj zaczęły się przygody…

Warto sprawdzać wcześniej…

Tak naprawdę będąc w Warszawie nie sprawdziłyśmy zbyt dokładnie jak dostaniemy się z Bielawy  do Jugowa. Zawierzyłyśmy temu, że na pewno będą tam autobusy.

W Bielawie udałyśmy się więc w stronę dworca PKS. Po drodze były różne przystanki, patrzyłyśmy na rozkłady, ale nic nam to nie mówiło. Tak samo mapy google nie były nam w stanie wskazać, skąd odjeżdża autobus w Góry Sowie. Pytałyśmy wiele osób i za każdym razem dostawałyśmy inną odpowiedź. Wykluczały się kierunki i autobusy. Przechodziłyśmy z jednej strony drogi na drugą, prowadzone następnymi radami osób. Było prześmiesznie. Jedna pani ze sklepu mówiła, że do „Jugowa będzie jakieś 1,5 godziny na pieszo”. Już byłyśmy gotowe iść za jej radą, ale byłyśmy bardzo zmęczone podróżą – w sumie trwała już połowę dnia. Postanowiłyśmy poszukać taksówki, która nas podwiezie.

Łut szczęścia

Całe szczęście miły pan zgodził się nas zawieźć do pierwszego noclegu. Gdy usłyszał, że chciałyśmy iść z Bielawy na Przełęcz Jugowską to serdecznie się roześmiał. Powiedział szczerze, że byśmy tam nie doszły, no, chyba że jutro :). To był pan Arek, później jeszcze nie raz się śmiał z naszych wyczynów.

Jadąc z panem Arkiem krętymi drogami, w górę i w dół, obie (bezsprzecznie) stwierdziłyśmy, że prędzej doszłybyśmy za dwa dni, a nie na następny. Pomijając te niezwykłe drogi, okazało się, że z Bielawy do miejsca naszego pierwszego noclegu było 14 km. W półtorej godziny raczej byśmy nie dały rady… ;).

Pan Arek odwiózł nas na miejsce, zostawił nam wizytówkę w razie gdybyśmy potrzebowały jeszcze jego pomocy. 

Nasz pierwszy dzień pobytu w Chacie wyglądał tak, że zjadłyśmy, posiedziałyśmy na dworze, opracowując trasę na następny dzień i poszłyśmy spać. Zmęczenie wzięło górę :).

Pierwsza wędrówka

Obudziłyśmy się rano, wyspane i gotowe do podboju gór! 

Zjadłyśmy śniadanie, pobawiłyśmy się chwilę z uroczym kotkiem i wyruszyłyśmy.

Nasz pierwszy dzień zakładał wejście na Wielką Sowę i zejście z niej którymś ze szlaków. Idąc pod górę, trafiłyśmy na rozstaj dróg. I co? Po głębokiej analizie znaków poszłyśmy w złą stronę ;). Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Weszłyśmy na Kalenicę i tam spotkałyśmy dziewczynę pracującą w nadleśnictwie. Malwina poradziła nam, co możemy zobaczyć, jakim szlakiem iść, tak żeby było jak najładniej. Jak również, dowiedziawszy się od nas o naszej małej, wędrownej omyłce, podwiozła nas na początek szlaku do Wielkiej Sowy. Jechałyśmy drogami znanymi „leśniczce” Malwinie. Otworzyła szlaban swoim kluczem, który nazwała „kluczem do lasu”. Przepięknie to ujęła.

 

Malwina odjechała, a my udałyśmy się na Wielką Sowę. Góry Sowie i najbardziej znana góra w tym paśmie górskim została zaliczona! Po drodze odwiedziłyśmy trzy schroniska – ale klimat!

Aga w trakcie naszej wędrówki miała włączony krokomierz. Pierwszego dnia zrobiłyśmy blisko 30 km. Fajny wynik, pomyślałyśmy. Ale może jutro przejdziemy trochę mniej? 🙂

Następne szlaki

Kolejnego dnia wstałyśmy równie wcześnie i zrobiłyśmy równie wiele kilometrów. Szłyśmy drogami, które jeszcze były nam nieznane. Trochę patrzyłyśmy na mapę, a trochę nie. Maszerowałyśmy przed siebie, podziwiając widoki, rozmawiając.

Czasami miałam wrażenie, że jesteśmy same na szlaku. Za nami i przed nami rzadko kogoś spotykałyśmy. I to naszej wędrówce nadawało dodatkowego uroku i tajemniczości.


Nie minęło długo, a nadszedł czas, przenosin do następnego miejsca noclegowego: Schroniska „Orzeł”. Sprawdziłyśmy na mapie, jak się tam dostać (przypominam Ci, że gdy byłyśmy w Warszawie, chciałyśmy iść na pieszo przez góry). Jakoś tym razem wyszło nam, że jest to 8 km przez góry z około 10 kg plecakami… no na to, to się nie przygotowałyśmy ;). Roztrząsałyśmy czy jednak iść (byłaby przecież niezła przygoda), ale czy damy radę? Analiza była taka: jeżeli pójdziemy z plecakami, to będzie to wyprawa na cały dzień i już nic więcej w tym dniu nie zrobimy. Padła więc propozycja: dzwonimy do Pana Arka! On nas uratuje!

Całe szczęście mógł przyjechać i dostałyśmy się do schroniska z jego pomocą. Chociaż jeszcze tego samego wieczoru wahałyśmy się i czułyśmy chęć podjęcia się tego wyzwania – nasz racjonalny umysł wziął górę. Ale, dzięki temu, mogłyśmy poświęcić cały dzień na inną wędrówkę – do kompleksu Riese!

Kompleks Riese

Po rozpytaniu osób miejscowych, do której części kompleksu warto się udać (miałyśmy ograniczony czas naszych wakacji i wszędzie nie mogłybyśmy pójść), poinformowano nas, że na naszym miejscu udaliby się do Włodarza. Był on najdalej od miejsca naszego przebywania, ale zdecydowałyśmy się właśnie na tę część. Udałyśmy się tam oczywiście spacerkiem.

 

Ciekawa była to droga, pewne odcinki szłyśmy asfaltem, inne polami – cały czas prawidłową ścieżkę wskazywały nam znaki. Nie ukrywam, że był to znaczny kawał drogi. 

Włodarz

Kompleks Włodarz zrobił na mnie wrażenie. Szczególnie opowieści przewodnika o pracach tam przebiegających i powstawaniu kompleksu. Ogrom tego przedsięwzięcia był zaskakujący. Niezwykły był sam jego zamysł. W mojej głowie rodziły się pytania: co tam tak naprawdę miało być? Po co to było budowane i jakie jeszcze tajemnice kryją się w głębinach? Było wiele domysłów dotyczących przeznaczenia tego miejsca, ale nie było w nich nic pewnego. Ponadto będąc w kompleksie, czułam jakiś wewnętrzny niepokój, kryła się w nim jakaś energia wywołująca ten stan.

Z kompleksu wracałyśmy żwawym krokiem, bo w oddali trochę pogrzmiewało i zaczynało padać. Poszłyśmy całkiem inną drogą, tym razem tylko przez góry, pola i lasy. Było wspaniale! Trochę deszczowo, ale wspaniale!

Kolejny dzień był już naszym ostatnim, chciałyśmy więc spędzić go na mniej aktywnym wypoczynku. Pomyślałyśmy, że zejdziemy do Sokolca, zjemy obiad w osławionej Oberży PRL i wrócimy do schroniska. Jednak, jak to bywa z rozdrożami dróg, trzeba wybrać jedną z nich. My, szczęściary, znowu wybrałyśmy inną niż planowana wcześniej i nasza wędrówka znów przemieniła się w 30-kilometrową trasę. Ale, koniec końców, do Oberży PRL trafiłyśmy i jadłyśmy przepyszne jedzenie. Kotlet Agi był przeogromny, a ja zjadłam ze smakiem placki ziemniaczane.

Gdy nadchodził czas powrotu, tak jak to zwykle bywa, nie chciało się wracać do codzienności. Góry Sowie pozwoliły nam poczuć się spokojnie. Na pewno jeszcze wrócimy!

Ostatniego dnia przyjechał po nas Pan Arek, z nieba padał delikatny deszcz (może to był sowiogórski płacz ;)). Dowiózł nas do Dzierżoniowa, a stamtąd już pociągami zbliżałyśmy się w stronę Warszawy.

Mówi się, że urok Gór Sowich bywa niedoceniany, może to i prawda. Nie było tam dużo ludzi. Jednakże to, że nie ma tam wielu turystów, ma swoje wielkie plusy. Można odnaleźć w czasie wędrówki swoją samotność. Można zatrzymać się, bez obawy, że ktoś na Ciebie wpadnie i podziwiać widoki.

Cóż tu dużo mówić! Było mega fajnie!

Skieruj swoje podróżnicze plany w Góry Sowie. A jeżeli już masz to miejsce „odhaczone”, podziel się swoimi wrażeniami!

Ja niecierpliwie czekam, gdzie mnie teraz nogi poniosą :).

TAGS
Powiązane posty

Zostaw komentarz